Blog
Kontekst
Antoni Dudek
Antoni Dudek Historyk i politolog
184 obserwujących 204 notki 738112 odsłon
Antoni Dudek, 13 maja 2016 r.

90 rocznica zamachu majowego

3006 146 0 A A A

Kiedy 12 maja 1926 r., na warszawskim moście Poniatowskiego, doszło do słynnego spotkania między Józefem Piłsudskim i prezydentem Stanisławem Wojciechowskim, młoda polska demokracja miała jeszcze cień szansy na przetrwanie. Gdy okazało się, że Wojciechowski - stary druh Piłsudskiego z czasów walki z caratem w szeregach PPS – nie ugnie się przed zbuntowanym marszałkiem, a stojący na moście żołnierze są wierniejsi przysiędze niż urokowi Komendanta, ten wpadł w depresję i przez kilka następnych godzin oddawał się wspominaniu czasów legionowych w koszarach na Pradze. Gdyby wówczas wrócił do Sulejówka, uznając, że demonstracja, którą przeprowadził wystarczy do obalenia powstałego kilka dni wcześniej rządu Wincentego Witosa, demokracja mogłaby ocaleć. Kilka miesięcy wcześniej, w listopadzie 1925 r., tak się właśnie zachował, odprawiając w Sulejówku z kwitkiem kilkuset przybyłych tam oficerów, którzy – ustami gen. Gustawa Orlicz-Dreszera – ofiarowali mu swe „pewne, w zwycięstwach zaprawione szable”. Jednak w maju 1926 r. Piłsudski najwyraźniej obawiał się, że namawiający go od dawna do położenia kresu sejmokracji oficerowie, stracą w końcu wiarę w zdecydowanie swojego Komendanta.

            W czasie, gdy w praskich koszarach Piłsudski pogrążył się w rozmyślaniach, dowództwo nad zbuntowanymi oddziałami przejął gen. Dreszer, który wykorzystując ich dwukrotną przewagę liczebną na siłami rządowymi (12 do 6 tys. żołnierzy) nakazał atak. W Warszawie rozpoczęły się trwające dwa dni bratobójcze walki, w trakcie których zginęło 379 ludzi, z czego prawie połowę stanowili cywile. Piłsudski, który w przeciwieństwie do Dreszera był politykiem, miał się nad czym zastanawiać. Kiedy bowiem prezydent odmówił uznania wojskowej demonstracji Piłsudskiego i zażądał „dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej”, stało się jasne, że marszałek musi się cofnąć lub podążyć drogą walki zbrojnej z legalnymi władzami RP, której finał był 12 maja niemożliwy do przewidzenia. Walki skończyły się po dwóch dniach, ale tylko dlatego, że u prezydenta Wojciechowskiego i premiera Witosa zwyciężyło poczucie odpowiedzialności za Polskę, której dwa dni wcześniej zabrakło Piłsudskiemu. Po stronie tego ostatniego opowiedziała się większość armii, ale gdyby prezydent oraz ministrowie posłuchali rady dowodzących oddziałami rządowymi generałów, z Tadeuszem Rozwadowskim na czele, i przenieśli się do Poznania, gdzie stacjonowały pułki niechętne Piłsudskiemu, wówczas zrealizowałby się scenariusz długotrwałej wojny domowej. Wojny, której konsekwencją mógł być rozpad państwa, z trudem zlepionego przed zaledwie kilku laty z trzech bardzo różnych obszarów.

            Polska miała szczęście, że na czele władz II RP, którym Piłsudski rzucił wyzwanie, stał właśnie Wojciechowski. Człowiek umiarkowany, a zarazem dobrze rozumiejący, czym grozi przedłużanie walk między żołnierzami tej samej armii. „Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety” – miał powiedzieć rezygnując z urzędu prezydenta. Jego dymisja zapoczątkowała trwający przez cztery następne lata proces stopniowej likwidacji demokracji i ograniczania swobód obywatelskich, którego symbolicznym podsumowaniem stało się uwięzienie w 1930 r., w twierdzy brzeskiej, przywódców antysanacyjnej opozycji z Witosem na czele. Dyktatura sanacyjna – nawet w swej rozwiniętej postaci, symbolizowanej przez utworzony w 1934 r. dla przeciwników politycznych obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej – należała do najłagodniejszych reżimów w ówczesnej, w większości autorytarnej bądź totalitarnej Europie. Czy jednak rządy Piłsudskiego zapewniły Polsce osiągnięcia, dla których warto było poświęcić w maju 1926 r. życie kilkuset ludzi i zaryzykować możliwość rozpadu państwa?

            Często podnoszony jest argument, że zagrożenie Polski przez dwóch potężnych i agresywnych sąsiadów wymagało ustanowienia autorytarnego systemu władzy. Tyle tylko, że nasz kraj nie miał szans na przeciwstawienie się równoczesnej agresji Niemiec i ZSRR bez względu na panujący w nim system rządów. Pokazał to w sposób bezlitosny wrzesień 1939 r. Jednak anachroniczne poglądy Piłsudskiego na tematy militarne, z którymi nikt w wojsku nie śmiał po przewrocie majowym polemizować, zaowocowały słabym wyposażeniem naszej armii w czołgi i samoloty. Mając ich więcej, równoczesnej wojny z III Rzeszą i ZSRR też oczywiście nie wygralibyśmy, ale istniała szansa zadania wrogom znacznie dotkliwszych strat.

            Przejmując władzę, Piłsudski i jego ludzie poddali niezwykle ostrej, ale na ogół trafnej krytyce niewydolny system rządów oparty na konstytucji marcowej. Jednak ich zapowiedzi sanacji życia publicznego, ograniczyły się do kilku procesów głośnych aferzystów, których miejsce na salonach władzy szybko zajęli inni, złośliwie nazywani czwartą brygadą. Finansowanie przez  ministra skarbu Gabriela Czechowicza kampanii wyborczej piłsudczykowskiego BBWR z budżetu państwa, czy też brutalne pobicia krytyków marszałka (o tajemniczym zniknięciu jego osobistego wroga gen. Włodzimierza Zagórskiego już nie wspominając), trudno uznać za przejaw odrodzenia moralnego. Porażką okazał się nawet sposób, w jaki doprowadzono do uchwalenia konstytucji kwietniowej, skądinąd bardziej udanej niż jej poprzedniczka. Przyznał to zresztą sam Piłsudski, nakazując przetrzymywanie przez rok w Senacie projektu konstytucji, uchwalonego w Sejmie w styczniu 1934 r. przy pomocy naruszającego prawo fortelu.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Kultura